Publikacje

„ Moi autystyczni nauczyciele”

Gdyby tak sięgnąć pamięcią siedem lat wstecz to nazbierałoby się ich całkiem dużo. Jedni całkiem mali, inni trochę więksi, często zamknięci w sobie, sprawiający wrażenie nic nie słyszących, a wszyscy potrafią tak wiele nauczyć. I nie potrzebują wcale do tego studiów, kursów kwalifikacyjnych ani innych fakultetów. Wystarczy, że są ze mną przez dziesięć miesięcy w roku, pięć dni w tygodniu i pozwalają stopniowo wchodzić w swój świat. Czasem zdarza się, że jest to całkiem łatwe i naturalnie można wiele wypracować. Natomiast kiedy trafiam na ten „autystyczny” mur to nauka trwa o wiele dłużej. Mam na myśli edukację obustronną. Bo to nie tylko ja uczę. Ja w tym momencie też jestem uczniem. I to właśnie „moje” dzieci są najlepszymi nauczycielami. A czego uczą? Bardzo wielu jakże przydatnych w życiu umiejętności. Przede wszystkim cierpliwości.

Zanim rozpoczęłam pracę w „Bajce” uważałam się za osobę cierpliwą. Otóż okazało się, że trochę brak mi jej, ale szybko moi „nauczyciele” mnie w tej kwestii podszkolili. Gdyby nie owa cierpliwość związana nieodłącznie z jakże trudną sztuką czekania i wsłuchiwania się w innych, myślę że nie udałoby mi się wypracować z dziećmi tyle co do tej pory. Nie było to łatwe, ale udało się i jestem im za to wdzięczna. Cierpliwość jest niezwykle przydatną umiejętnością życiową. Bez niej można wiele stracić, a z nią dużo zyskać. Co ja zyskałam? Nowy sposób postrzegania świata. Bardziej skupiony na szczegółach dzięki którym można odnaleźć tę nić porozumienia między ludźmi neurotypowymi, a osobami ze spektrum. I to nie jest tak, że ja potrafię ją odszukać za każdym razem. Jednak dzięki cierpliwości łatwiej jest do niej dotrzeć pokonując po drodze wiele przeszkód i niejednokrotnie łykając gorycz porażki.

Empatia to kolejna z cech, której nauczyli mnie moi „specjaliści”. Kiedy zastanawiasz się po raz setny co zrobić, jak dotrzeć do dziecka to w pewnym momencie dochodzi do ciebie jakże oczywista odpowiedź. Spróbuj wczuć się w jego osobę. „Poczuj” tak jak on. Wyobrażając sobie siebie w świecie „nieposłusznych” zmysłów spróbuj rozmawiać, pisać, nawiązywać kontakty z innymi osobami. Jest to bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Jednak, aby stało się realne muszę pomóc dziecku w pokonaniu jego trudności. A najlepiej je zrozumiem wczuwając się w jego osobę. Z empatią było podobnie jak z cierpliwością. Myślałam, że mam to opanowane do perfekcji. Otóż nie. Dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem empatyczna i stale doskonale tą umiejętność w sobie. Ponieważ pomaga ona mi w pracy, jak również w życiu codziennym. I to właśnie Ci moi „nauczyciele” wypracowali we mnie tą piękną umiejętność. Jestem im za to wdzięczna. I tak naprawdę to chyba ja powinnam iść do nich z kwiatkiem 14 października, a nie oni do mnie.

Co jeszcze? Dzięki „autystycznym nauczycielom” nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy, bo tak naprawdę tylko one przynoszą prawdziwą radość. Przeciętny nauczyciel w szkole masowej sukcesy edukacyjne osiąga niemal każdego dnia. Ja tak nie mam. Muszę na nie pracować bardzo długo, niejednokrotnie zmieniając formy, metody i środki pracy, aby uzyskać zamierzony efekt. Czasem trzeba czekać nawet kilka miesięcy, ale warto. Bo kiedy widzi się ten malutki kroczek na przód to wiem, że moja praca nie poszła na marne i cieszę się tym niesamowicie. Nie oczekuję „efektu wow”, ale tego małego światełka w tunelu, które sprawia, że chce się krzyczeć z radości. Cieszmy się drobiazgami, bo w nich ukryte jest szczęście. Umiem się cieszyć. Nie z wiersza mechanicznie wykutego na pamięć, ale z prawidłowo rozpoznanej litery, z „dzień dobry” usłyszanego rano po kilku miesiącach pracy,  z umiejętności przywitania się z drugą osobą po trzech miesiącach tłumaczenia i odgrywania scenek w ramach Treningu Umiejętności Społecznych. Umiem. Już umiem. I to jest super. Dziękuję Wam drodzy „nauczyciele”. Mam nadzieję, że nadal pozostaniemy w tak dobrych, wzajemnych relacjach nauczycielskich.

Urszula Prawdzik – Raszewska

 

                                                                                            ««««««««««    »»»»»»»»»»»

 

Dzisiaj Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Z tej okazji sporo mówi się o ludziach dotkniętych tym zaburzeniem. Na pewno wciąż za mało i zbyt powierzchownie, bo jak wiemy autyzm ciągle zaskakuje… ale dobrze, że w ogóle temat powoli przebija się do społecznej świadomości. Jako mama dziecka autystycznego chciałaby też poświecić chwilę uwagi rodzicom takim jak ja. Czyli najpierw przerażonym, potem zagubionym, często wściekłym, bezsilnym, płaczącym do poduszki i długo zastanawiającym się, dlaczego akurat moje dziecko.
Jak to możliwe, że rumiany, radosny bobas, pełen życia, oczko w głowie całej rodziny, tak z dnia na dzień schował się w innym świecie? Nie rozumie co do niego mówią, do tej pory kochana mama i tata. Przestaje się bawić, przestaje się uśmiechać, nie widzi innych ludzi. Znika w jakiejś otchłani, do której my rodzice nie umiemy dotrzeć. Ktoś nam zaczarował dziecko? Niech je odda z powrotem.
Wpisuję codziennie objawy w wyszukiwarkę, licząc na to, że może dziś pokaże coś innego. Autyzm, autyzm i jeszcze raz autyzm. A może rozwiązując test pt: „Sprawdź czy twoje dziecko ma autyzm” trochę oszukam i wyjdzie dobry wynik. Mimo zakłamywania rzeczywistości internetowa diagnoza jest jednoznaczna. Ale to przecież niemożliwe. Jak to autyzm?! Już nigdy nie będzie mówił? Nie będzie miał przyjaciół? Nie pójdzie od normalnej szkoły? Nie będzie kimś? Będzie nienormalny? Nie! Wszyscy tylko nie moje dziecko. Każdy dzień to karmienie się nadziejami, oszukiwanie samego siebie, minimalizowanie dziwnych zachował, szukanie tłumaczeń, tracenie energii na odsuwanie od siebie myśli, które są jednoznaczne- twoje dziecko ma autyzm.
Napady szału w sklepie, histeria przy całej rodzinie, gryzienie obcych ludzi, kopanie, ucieczki, wrzaski, których nie sposób już znieść. I ciągłe pytania „życzliwych”- jeszcze nie mówi?, jeszcze w pieluchach? Przełykasz ten wstyd- raz, drugi, dwudziesty i nawet zapominasz jak to jest kiedy jest normalnie.
Wizyta w poradni. Od wejścia wiesz jaka będzie diagnoza. Nie trzeba być psychologiem, żeby to wiedzieć. Dostajesz diagnozę, podlaną tanią litością- proszę pójść z dzieckiem do psychiatry, dziękuję, do widzenia, następny.
W końcu nie ma już ucieczki- jasno napisane na białej kartce- całościowe zaburzenie rozwoju, autyzm wczesnodziecięcy. NARESZCIE! Teraz już nie ma odwrotu- masz w domu autystę. Nie wyrośnie z tego, nie ma na to tabletek, nie cofniesz czasu i go nie naprawisz. AUTYSTA. Potwierdzony urzędowymi pismami.
Paradoksalnie w całej tej, jak mi się wtedy wydawało tragedii, diagnoza była najlepszym momentem. Nie trzeba było już udawać przed sobą i rodziną, że ma się zwyczajne, normalnie rozwijające się dziecko. Wreszcie koniec tego teatrzyku. Można być sobą i pozwolić na to samo dziecku.
Moment otrzymania diagnozy to totalny punkt zwrotny. To moment kiedy w domu nastał spokój. Kiedy wreszcie zaakceptowaliśmy swoje dziecko. I zamiast tracić czas na wylewanie łez, zaczęliśmy działać. Pierwsza myśl- Wasza szkoła. Pierwsze wrażenie- wreszcie nikt na nas nie patrzy z litością. Wreszcie ktoś widzi w naszym dziecku człowieka z potencjałem, a nie wrednego bachora sprawiającego problemy. Wreszcie oddech. Kilka pierwszych dni w „Bajce” i słyszę pierwszy wierszyk w wykonaniu mojego dziecka. Płaczę jak głupia. Jakby co najmniej odbył lot na Marsa i z powrotem. Moje dziecko mówi! Kolejne tygodnie to kolejne spektakularne (dla nas rodziców mega spektakularne) sukcesy. Patrzy na nas, odwzajemnia uśmiech, mówi coraz więcej, jest spokojny, rozumie co mówimy, coraz mniej schematów, coraz więcej zwykłej dziecięcej radości.
Minęło już sporo czasu od tego o czym piszę. Teraz mam syna, który nie tylko mówi, ale wręcz nawija. Mam syna, który ma szaloną wyobraźnię i pomysły. Mam syna, z którego jestem dumna. Mam syna, który mówi, że mnie kocha i potrzebuje. Mam syna, który jest wesołym, kolorowym i pełnym energii dzieckiem.
I nawet gdyby tego wszystkiego nie osiągnął i nadal był niemówiącym urwisem od rana do nocy kartkującym gazetki reklamowe ze sklepów ( kiedyś jego ulubione zajęcie) to przecież to mój syn, którego kocham, czyli akceptuje.
Wszyscy rodzice muszą kochać i akceptować swoje dzieci, ale rodzice autystyków muszą to robić sto razy bardziej. Jako rodzice takich dzieci wiemy co to wstyd, upokorzenia, bezsilność, gniew, brak pomocy, brak zrozumienia. Dlatego nie fundujmy tego naszym dzieciom.
Często widzę dzieciaki, u których ja-totalny laik rozpoznaję autyzm. Ich rodzice też już to wiedzą, ale tak jak ja kiedyś uciekają od tej myśli. Widzę w ich spojrzeniu to przerażenie i zagubienie, które sama czułam. Podobno najbardziej boimy się tego czego nie znamy. Więc poznajmy nasze dzieci i ich autyzm. Może ten „potwór” wcale nie jest taki straszny jak o nim myślimy?

Mama
(nie mama dziecka autystycznego, tylko po prostu mama)